Polecamy

10 grudnia 2021 Stan Wojenny w Małopolsce z perspektywy czterdziestu lat kliknij aby powiększyć

Newsletter

Klub Wtorkowy - strona archiwalna

Kino Odkrywców Historii

Komentarze dziennikarskie ↩

Czy wybijemy się kiedyś na to, żeby być Anglikami?

Władysław Tyrański

Piotr Zychowicz zdenerwować potrafi. A na dodatek zapowiada, że milczał nie będzie. Chodzi oczywiście o jego zapatrywania na przyczyny niewyobrażalnej polskiej klęski, jakiej doznaliśmy we wrześniu 1939 roku, w wyniku której naród polski przelał morze krwi (według danych IPN 5,5-5,8 milionów ofiar), a potem przez pięćdziesiąt lat marniał w PRL – niby państwie w sowieckiej strefie wpływów. Zychowicz dowodzi, że tego wszystkiego można było uniknąć, zawierając wiosną 1939 roku sojusz z Hitlerem przeciwko Stalinowi. Iść należało, według niego, najpierw z Hitlerem na Moskwę, a potem z powrotem na Berlin, ale już nie z unicestwionym Stalinem, ale z Anglią i Francją.

Pomysły te wyłożone kilka miesięcy temu w książce „Pakt Ribbentrop-Beck” nie cieszą się w Krakowie wielkim wzięciem. Wywołały jednak spore zainteresowanie publiczności Krakowskiego Klubu Wtorkowego (pub Sarmacja, ul. św. Tomasza 8 w Krakowie). Przez ponad dwie godziny debaty z Zychowiczem, którego oponentem był Arkadiusz Wingert, krakowski wydawca książek historycznych, panowało prawdziwe skupienie i tzw. gęsta atmosfera. Bo Zychowicz nie oszczędza myślących inaczej. Wali na przykład prosto z mostu, że nasz ostatni, przedwojenny minister spraw zagranicznych Józef Beck był wyjątkowym głupcem, wygłaszając w maju 1939 roku w Sejmie słynne słowa: „My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest tylko jedna rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor”.

Beck – według Zychowicza – pogrzebał tym samym korzystną dla Polski propozycję Hitlera, aby wspólnymi siłami pokonać Sowiety. Armia polska zostałaby przez Niemcy dozbrojona i tak wzmocniona podarowałaby swemu niemieckiemu sojusznikowi zwycięstwo, bo przecież Wehrmacht pod koniec 1941 roku był o krok od wzięcia Moskwy i położenia kresu sowieckiemu państwu. Niemcom zabrakło jednak sił, które by z pewnością jeszcze z siebie wykrzesali, posiłkując się czterdziestoma polskimi dywizjami. Te dywizje do tego były szkolone, a zwłaszcza polska kawaleria, wojsko doskonałe na rosyjskie bezdroża nie do przebycia jesienną porą dla czołgów i innego, ciężkiego sprzętu wojskowego, jaki mieli Niemcy.

 A co robi Beck? – pyta zapamiętale Zychowicz. Beck unosi się honorem, zawierzając los swego narodu wiarołomnej i cynicznej Anglii, która składając deklaracje bez pokrycia, że militarnie nas wesprze na wypadek agresji niemieckiej, ani myślała dotrzymać tych zobowiązań, o czym przekonaliśmy się wkrótce. Jako człowiek honoru Beck zawierzył Anglii, która nie miała skrupułów moralnych, by dla ocalenia siebie wejść w sojusz z samym Stalinem, tyranem i ludobójcą jeszcze większym niż Hitler, i przedstawiać go światu jako dobrodusznego „wujka Joe”.

Ciężko było słuchać tych słów. Bo na Becka w podobnym tonie napadała PRL-owska propaganda mająca mu tak samo za złe, że przeciw Niemcom wybrał sojusz z Anglią i Francją.
     Ale równie ciężko było odmówić racji Zychowiczowi. Jego wywód jest przekonujący i nie pozbawiony logiki. Do koalicji antyfaszystowskiej powinniśmy przystąpić, ale dopiero po wspólnym z Hitlerem zwycięstwie nad Sowietami. Bo porzucenie sojusznika to nic nowego na wojnie. Poszły na to państwa, które wojnę zaczynały w sojuszu ze zwycięskim Hitlerem, a kończyły u boku również zwycięskiej antyhitlerowskiej koalicji USA, Anglii i Francji. Do zdradzenia Hitlera bylibyśmy wręcz zmuszeni, bo w naszym interesie była tylko wojna z nim, a nie pokój po wspólnym, wielkim triumfie. Pokój oznaczałby wtedy nasz koniec, czyli uzależnienie od Niemiec, nawet gorsze od uzależnienia od ZSRR po wojnie. A przechodząc do obozu aliantów mogliśmy się targować i podbijać cenę.

Układ z Hitlerem – dowodzi Zychowicz – mógł przynieść jeszcze jeden wielki pożytek Polsce. Nie zostaliby wymordowani polscy Żydzi. Przykładem Bułgaria, państwo sprzymierzone z III Rzeszą. W Bułgarii, według izraelskiego historyka z Yad Vashem Izraela Gutmana, na którego powołuje się Zychowicz, miał zginąć podczas wojny dosłownie jeden Żyd i to w wypadku na budowie. Inne państwa sojusznicze, jak Włochy, Węgry czy Rumunia również nie wydawały swoich Żydów Niemcom, a co więcej Żydom żyło się tam o niebo lepiej niż w krajach okupowanych przez III Rzeszę, pozbawionych przez nią struktur państwowych.

Zychowicz głosi zatem pochwałę politycznego wyrachowania, a nawet cynizmu, którego głównym celem są wyłącznie własne, szybkie i realne korzyści. Bo jeśli trzeba przystąpić do wojny, to nie należy wchodzić do niej od pierwszego wystrzału, nie należy prowadzić jej na własnym terytorium, a najlepiej prowadzić ją cudzymi rękoma. Mistrzem takiej polityki była przedwojenna Anglia – my złamaliśmy wszystkie te zasady. Toteż Anglia wyszła z wojny zwycięsko, a my jako naród zapłaciliśmy straszliwą cenę oddani Stalinowi w Jałcie przez tę samą Anglię wespół z USA.

Książka „Pakt Ribbentrop-Beck” miała, według jej autora, Polakami wstrząsnąć. I zakładany cel chyba osiągnęła. Widać to choćby po negatywnych reakcjach, jakie wywołała u pierwszych czytelników. Sam Zychowicz przedstawił symptomatyczny przypadek: jeden z jego kolegów po fachu złożył mu wyrazy najwyższego uznania po ukazaniu się książki, zaklinając go równocześnie, aby nawet, jeśli to wszystko prawda, o tym, do czego doszedł, już więcej nic nie mówił. Ale płonne jego nadzieje – Zychowicz, jak już wspomniałem, milczeć nie zamierza. Znajduje też popleczników, o czym świadczy dobra sprzedaż jego książki.

Co zatem z tym wszystkim począć? Jego polemista, Arkadiusz Wingert, wskazywał słabe punkty rozumowania Zychowicza. Na przykład, że przedwojenne polskie wojsko nie było tak dobrze wyszkolone, jak się uważa, a więc Polska nie byłaby cenionym przez Hitlera sojusznikiem. Że Niemcy nie mieli na tyle uzbrojenia, żeby doposażyć polską armię, bo sami, oprócz nowoczesnych czołgów i samolotów, mieli uzbrojenie niezbyt imponujące. Że po wspólnym niemiecko-polskim zwycięstwie nad Stalinem, Polska stałaby się dla Hitlera zabawką. Że państwo polskie, zamiast bronić polskich Żydów, jak czyniło to przez całą wojnę polskie państwo podziemne, zmuszone byłoby wydawać ich na śmierć Niemcom.

 Zychowicz dość przekonująco zbija te argumenty. Pomaga mu na pewno to, że nie musi specjalnie dowodzić, że nasz sojusz z Anglią przeciw III Rzeszy nie był specjalnie udany. To już na pewno wiemy. Ale czy mógł to zakładać minister Beck, gdy na wiosnę 1939 roku w ów sojusz Polskę wprowadzał? Co do tego można mieć wątpliwości. Przecież i dziś nie zakładamy wybuchu wojny – podobnie jak wówczas Beck. Dziś naszym strategicznym sojusznikiem są potężni Amerykanie – podobnie jak przed wojną Anglicy. I jak wtedy angielskie gwarancje, tak i dzisiaj artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nie daje wcale gwarancji, że w przypadku zaatakowania nas przez wrogie państwo otrzymamy realną pomoc militarną. Czy wobec tego nazwiemy głupcem kogoś, kto utrzymuje Polskę w tym sojuszu, nie szukając przymierza innego, na przykład z Rosją, która w dodatku – przynajmniej ostatnio – wcale nie jest wrogiem Ameryki? Głupcem byłby raczej ten, kto aktualny sojusz NATO chciałby zamienić na inny.

 O wiele łatwiej jest zgodzić się z Zychowiczem co do tego, czy weryfikacji historyków podlegać mogą decyzje polityczne przywódców narodu, zwłaszcza te o najdonioślejszym znaczeniu. Sprawa z pozoru oczywista. Ale gdy zaczniemy mówić o konkretach, już tak łatwo nie jest. Bo kolejny po klęsce wrześniowej rozrachunkowy temat to Powstanie Warszawskie. Czy powinno wybuchnąć? Są różne racje – za i przeciw, które odnoszą się nie tylko do samego przedmiotu sporu, ale ten spór uprzedzają, rozstrzygając, czy może on w ogóle zaistnieć. To przy takich debatach gęstnieje atmosfera. Ale nie ma się co łudzić, unikanie ich nie przyniesie nam ukojenia.

Takim unikiem jest zapewne lekceważenie rozważań Zychowicza jako political fiction, fantazji nie zasługującej na poważne potraktowanie przez profesjonalnego historyka. Z takim nastawieniem profesjonalistów od historii spotkał się Zychowicz w Krakowie. To jednak nie załatwia sprawy. Wystarczy przypomnieć recepcję książki Dana Browna „Kod Leonarda da Vinci” będącej z założenia czystą literacką fikcją, która jednak stała się dla milionów jej czytelników źródłem najprawdziwszej, według nich, wiedzy o życiu Jezusa. Z tego też powodu była przedmiotem poważnej krytyki ze strony Rady Naukowej Konferencji Episkopatu Polski.

Na poważną analizę polskich historyków zasługuje też książka Zychowicza. Bo po jej przeczytaniu, a zwłaszcza po spotkaniu z jej autorem oko w oko, pozostaje uporczywe pytanie, co zrobić z tak zdobytą wiedzą o naszej przeszłości? Przesłanie tej książki jest zaskakująco proste: jeśli trzeba – należy bić się o niepodległość, ale z głową. Jednak, jak poucza wielu innych historyków, wybiliśmy się w 1918 roku na niepodległość po 120 latach walki o nią zupełnie bez głowy, całkowicie przeciw zdrowemu rozsądkowi, a nawet wbrew tzw. logice historii. Podobnie było przecież w 1989 roku. Może więc w owym polskim, niepodległościowym szaleństwie jest jakaś wariacko skuteczna metoda? Chyba nigdy nie wybijemy się na to, żeby być Anglikami.